SIERADZ - Strażnik zabił na zlecenie mafii?

Magdalena Hodak, Anna Kulik - Dziennik Łódzki
Udostępnij:
Damian C., strażnik z sieradzkiego więzienia, który zastrzelił w ubiegłym tygodniu trzech łódzkich policjantów i ciężko ranił konwojowanego przez nich aresztanta, nie musiał być w szale.

Damian C., strażnik z sieradzkiego więzienia, który zastrzelił w ubiegłym tygodniu trzech łódzkich policjantów i ciężko ranił konwojowanego przez nich aresztanta, nie musiał być w szale. Strzelał, by zabić aresztanta Tomasza Ch., który właśnie tego dnia miał przekazać prokuraturze cenne informacje, demaskujące gang złodziei naczep samochodowych - twierdzi nasz policyjny informator.

Sieradzka tragedia nie ma precedensu. Nigdy dotąd nigdzie na świecie policjant nie zginął od kul więziennego wartownika. Zdaniem naszego rozmówcy, do mediów puszczono tzw. przeciek kontrolowany. Dziennikarzom powiedziano, że Damian C. zeznaje, iż słyszy tajemnicze głosy, że nie rozróżnia kolorów, ślini się i bełkocze.

Nasz informator zwraca uwagę, że wartownik dostał ataku szału dokładnie wtedy, gdy konwój z aresztantem opuszczał więzienie. Damian C. mierzył do pasażerów auta. Ciężko ranny aresztant przeżył. Policjanci, między którymi siedział, zginęli.

- To była egzekucja. Nie pozwólcie zamydlić sobie oczu wersją o chorobie psychicznej Damiana C. i opowieściami o jego problemach rodzinnych, stresującej pracy. Głosy to on słyszał, ale w telefonie komórkowym. Mam poważne podejrzenia, że za pieniądze zobowiązał się zabić aresztowanego, by zamknąć usta wszystkim, którzy chcieliby pomóc rozpracować mafię naczepową - mówi nasz informator.

Teoria policjanta, z którym rozmawialiśmy, jest tym bardziej prawdopodobna, że mafię naczepową rozpracowywały ofiary strażnika: młodszy aspirant Andrzej Werstak, sierżant sztabowy Wiktor Będkowski i sierżant Bartłomiej Kulesza.

W jaki sposób informacje o uzgodnionej współpracy aresztanta z prokuraturą mogły się przedostać do przestępców? Nietrudno o odpowiedź. Wielu policjantów, z którymi konsultowaliśmy tę wersję wydarzeń, reagowało nerwowo. Mówili, że o "pewnych sprawach" wolą nie wiedzieć.

Płk Marek Lipiński, dyrektor więzienia, poważnie traktuje nasze ustalenia. - Jesteście jedyną gazetą, która racjonalnie analizuje przebieg i przyczyny tragedii - mówi. Zapewnił nas, że Damian C. nigdy nie sprawiał wrażenia chorego psychicznie.

Podinspektor Marek Wrzawiński, naczelnik wydziału ds. przestępczości samochodowej w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Łodzi, potwierdza, że afera z naczepami samochodowymi to wielki, ogólnopolski przekręt. Gangsterzy zgarnęli co najmniej kilkadziesiąt milionów złotych, kradnąc i wyłudzając odszkodowania. Potwierdza to Krzysztof Ankudowicz, szef Prokuratury Rejonowej w Pabianicach, która zajmuje się mafią naczepową.

* * * * *

Wiedzieli za dużo
Andrzej Werstak, Bartłomiej Kulesza i Wiktor Będkowski, trzej ambitni policjanci, zostali oddelegowani do rozpracowania afery naczepowej. Ale mafia samochodowa znalazła sposób, by pozbawić ich życia. Aresztant, który chciał i mógł ujawnić prawdę o działaniach przestępców, został ciężko ranny.

Wszystko zaczęło się od aresztowania najbogatszego pabianiczanina Cezarego G. w 2002 roku. Policjanci odkryli wówczas, że jedna z należących do niego ciężarówek ma przebite numery. Naczepa została skradziona pabianickiej firmie, potem okazało się, że w "stajni" biznesmena jest jeszcze 20 innych trefnych aut. Policjanci zorientowali się wtedy, że trafili na trop grubej afery.

Cezary G. wyszedł z aresztu, gdy bliscy wpłacili za niego 100 tys. zł kaucji. Jak mówi podinsp. Wrzawiński, w śledztwo zaangażowali się pabianiczanie - Andrzej Werstak i Wiktor Będkowski. Obaj zostali oddelegowani do Łodzi, pracowali w jednym pokoju.

Andrzej Werstak i Bartłomiej Kulesza zajmowali się m.in. zatrzymaniami i przeszukaniami. Wiktorowi Będkowskiemu powierzono współdziałanie z pabianickimi prokuratorami.

W październiku ub.r. policjanci wpadli na trop Bogdana i Urszuli U., małżeństwa spod Bełchatowa. Ich firma zajmowała się oficjalnie produkcją naczep samochodowych i ich naprawą. Policjanci ustalili, że zajmują się też handlem kradzionymi naczepami. "Przebijali" ich numery, rejestrowali od nowa i sprzedawali w Polsce i za wschodnią granicą. Małżonkowie U. zostali zatrzymani w październiku. Wkrótce po nich policjanci wpadli na trop 50-letniego mieszkańca Szczecina i 40-latka z Ukrainy, którzy dostarczali lewe dokumenty do legalizacji naczep. Funkcjonariusze zarekwirowali 22 naczepy o wartości 2,6 mln zł. 22 marca, czyli cztery dni przed tragedią w sieradzkim więzieniu, w ręce funkcjonariuszy wpadł 31-letni mieszkaniec gminy Szczerców (pow. bełchatowski), który pomagał małżonkom U. Prokurator zaproponował mu współpracę. Mężczyzna w zamian za złagodzenie kary miał pomóc policji w rozpracowaniu gangu. Sporo wiedział, m.in. o polityku, który miał zapewniać gangsterom ochronę przy sprzedaży naczep za granicę.

- Prokurator wystąpił do sądu o areszt dla niego. Kiedy w piątek podejrzany zorientował się, że to nie przelewki, zadeklarował, że powie jak było. Potem wypadki potoczyły się błyskawicznie. Chłopcy pojechali po niego do aresztu w poniedziałek rano. A potem padły strzały... - przypomina naczelnik Marek Wrzawiński, naczelnik wydziału ds. przestępczości samochodowej w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Łodzi.

W jaki sposób informacje o uzgodnionej już współpracy aresztanta z prokuraturą mogły dotrzeć do bandytów? Nasz informator z policji nie ma wątpliwości, że strażnik Damian C. został dobrze przygotowany do swojej roli. Strzelał do policyjnego samochodu w chwili, kiedy policjanci i konwojowany aresztant stali przed bramą i nie mieli szans na ucieczkę. Byli widoczni jak na dłoni. Kule z kałasznikowa przeszyły cienką blachę fiata stilo. Wartownika nie interesowali ludzie, oczekujący na widzenie z osadzonymi. Nie mierzył też do setek gapiów, oblegających zakład karny. Strzelał do policjantów, a potem do każdego, kto starał się im pomóc. Policjanci biorący udział w akcji ratunkowej blisko dwie godziny starali się zapanować nad Damianem C. Skuteczność i prawidłowość akcji ma zbadać specjalny zespół powołany przez komendanta wojewódzkiego policji w Łodzi.

Na zachowanie Damiana C. już kilka godzin po wypadku zwrócił uwagę Paweł Moczydłowski, były szef więziennictwa w Polsce.

- Strzelał do policjantów jak do tarczy. Bez litości. Zachowywał się zupełnie inaczej niż 43-letni Krzysztof W., strażnik więzienny z Jeleniej Góry, który 18 kwietnia 2006 r. także otworzył ogień. Nie strzelał do ludzi, tylko w wał ziemi, tzw. strefę śmierci, w której nikt nie ma prawa przebywać. Strzelał, ale nikomu nie zrobił krzywdy. Po ośmiu godzinach się poddał.

Strażnik z Jeleniej Góry trafił na obserwację do szpitala psychiatrycznego. Utrzymuje, że nic nie pamięta, a jego adwokat stara się udowodnić, że jego klient był niepoczytalny w chwili zdarzenia.

Symulowanie można wykryć
Docent Janusz Heitzman, kierownik kliniki psychiatrii sądowej w warszawskim Instytucie Psychiatrii i Neurologii, twierdzi, że symulowanie choroby przez Damiana C. jest do wykrycia, ale to będzie żmudny i długotrwały proces. - Trzeba krok po kroku wykluczać poszczególne choroby - tłumaczy doc. Janusz Heitzman.

* * * * *

Komentarz: Zrobiliśmy swoje
Damian C., strażnik z sieradzkiego więzienia, który zastrzelił trzech łódzkich policjantów i ranił aresztanta, nie musiał być zdesperowany. Strzelał, by zabić tych, którzy właśnie zamierzali zdemaskować gang złodziei naczep samochodowych - twierdzi nasz policyjny informator. Pisząc o tej hipotezie, zrobiliśmy tyle, ile mogą i powinni uczynić dziennikarze.

W naszej gazecie już wcześniej zwróciliśmy uwagę na niezrozumiały przebieg interwencji policjantów w sieradzkim więzieniu. 220 funkcjonariuszy przez dwie godziny nie mogło zapanować nad strażnikiem, ani niczym osłonić rannych kolegów, którzy wykrwawiali się w ostrzelanym samochodzie. Szef łódzkiej policji powołał specjalny zespół, który ma zbadać prawidłowość przebiegu akcji.

Dziś pytamy: czy strażnik oszalał, czy dobrze wiedział, co robi. Odpowiedź na to pytanie należy do policji i prokuratury. Powinniśmy poznać prawdę, choćby przez szacunek dla pamięci Andrzeja Werstaka, Wiktora Będkowskiego i Bartłomieja Kuleszy, którzy nie obawiali się wiedzieć o "pewnych sprawach" i nie wahali się stawić im czoła.

Premier Morawiecki o sytuacji na granicy

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie