POZNAŃ - Kto pomógł mordercy rolnika?

Łukasz Cieśla
Mariusz Sobkowiak został zastrzelony w niedzielny wieczór 23 maja 1999 roku. Ciało młodego rolnika z podpoznańskiego Głuchowa znaleziono cztery dni później w pobliskim Jeziorze Chomęcickim.

Mariusz Sobkowiak został zastrzelony w niedzielny wieczór 23 maja 1999 roku. Ciało młodego rolnika z podpoznańskiego Głuchowa znaleziono cztery dni później w pobliskim Jeziorze Chomęcickim. Z głowy 24-latka wyjęto ołowiane kulki. Wystrzelono je z broni myśliwskiej. Jedna z wersji śledztwa zakładała, że sprawcą mordu mógł być któryś z sąsiadów młodego Sobkowiaka.

Okoliczni mieszkańcy słyszeli, że 23 maja z posesji sąsiadów dobiegały odgłosy strzałów. Wiedzieli, iż Andrzej P., głowa rodziny, nielegalnie posiadał broń. Między innymi gładkolufową. Taką samą, z jakiej strzelano do Mariusza Sobkowiaka. Policja chciała sprawdzić broń Andrzeja P., ale, czego należało się spodziewać, zaginęła. Nie pomogły poszukiwania na jego posesji.

Przełom w sprawie nastąpił 30 września 1999 roku. Wtedy to Waldemar N., policjant kryminalny z KMP w Poznaniu zajmujący się sprawą zabójstwa, ustalił, gdzie znajduje się broń. Schowano ją przy brzegu Jeziora Niepruszewskiego. Zaprowadził go tam Mariusz S., zięć Andrzeja P.

Zanim jednak zięć powiedział o miejscu ukrycia broni, dopytywał Waldemara N., czy na podstawie kuli można ustalić broń, z której wystrzelono pocisk (można to zrobić po analizie lufy – dop. red.). Zapewne chciał się dowiedzieć, czy w razie jej odnalezienia, któryś z jego krewnych usłyszy zarzut zabójstwa.

Niebawem nad jeziorem pojawili się Mariusz S. i Waldemar N. Wkrótce dołączyli do nich dwaj policjanci z Tarnowa Podgórnego. Mieli sporządzić oficjalną notatkę ze znalezienia broni. Waldemar N., jako funkcjonariusz kryminalny, sporządził notatkę opatrzoną klauzulą „tajne”. Włączono ją do akt sprawy.

Przy brzegu jeziora znaleziono jedynie część starego sztucera. Brakowało lufy. Z tej broni jednak nie strzelano do Mariusza Sobkowiaka. Drugi karabin, z którego według policyjnych informatorów oddano śmiertelne strzały, nie został odnaleziony. Mariusz S. twierdził, że ktoś musiał zabrać broń z miejsca jej ukrycia. Znalezienie części sztucera pozwoliło na postawienie zarzutu Andrzejowi P. i jego synowi Jackowi za jego nielegalne posiadanie. Obaj zostali skazani przez sąd na karę więzienia w zawieszeniu.

Zarzuty dla policjanta

Waldemar N. nie doprowadził sprawy o kryptonimie „Jezioro”, jak nazwano śledztwo dotyczące morderstwa, do końca. W maju 2000 roku oddelegowano go na sześć tygodni do pracy w innym komisariacie. Postępowanie przejął inny policjant. Waldemar N. twierdzi, że oddał wówczas akta i zabezpieczoną przez siebie broń.

Jednak w sierpniu 2001 roku poznańska Prokuratura Okręgowa postawiła mu zarzuty. Miał zniszczyć protokoł oględzin miejsca, w którym znalezio

no stary sztucer, ukryć znalezioną w 1999 roku broń oraz schować inny dowód mogący świadczyć o winie rodziny P. Chodziło o tarczę strzelniczą znajdującą się na ich posesji. Później usłyszał trzeci zarzut. Miał nakłaniać dwóch policjantów z Tarnowa Podgórnego, którzy brali udział w oględzinach znalezionej broni, do poświadczenia nieprawdy w dokumentach.

– Gdy znalazłem broń, zadzwoniłem do komendy w Poznaniu po policjanta dochodzeniowo-śledczego i technika kryminalistyki. Na miejsce przyjechali jednak funkcjonariusze z Tarnowa Podgórnego. Nie wiedzieli nawet, po co ich wysłano – mówi Waldemar N. – Powiedziałem im, że mają sporządzić oględziny miejsca i broni oraz napisać notatkę. Nie mogłem tego zrobić osobiście. Praktyka policyjna mówiła o tym, że funkcjonariusz kryminalny nie sporządza takich materiałów. Później usłyszałem, że moje instrukcje były namawianiem do poświadczenia nieprawdy – dodaje.

Zawodna pamięć

Podejrzany policjant wszystkie zarzucane czyny miał popełnić od czerwca 1999 roku do maja 2000 roku. Formalnie zarzuty przedstawiono mu jednak kilkanaście miesięcy później. Czyżby dopiero po tym okresie pracownicy KMP w Poznaniu zauważyli brak najważniejszych dowodów w sprawie?

– Nie pamiętam szczegółów sprawy – mówi nam prokurator Jacek Bedryj z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu, który prowadził śledztwo przeciwko Waldemarowi N. – Na pewno jednak kwestia nakłaniania dwóch policjantów do fałszowania dokumentacji nie budziła żadnych wątpliwości. Jeśli chodzi o pozostałe zarzuty, to oskarżony policjant nie złożył takich wyjaśnień, które pozwoliłyby na ich wycofanie.

Casus Zapytowskiego

O historii Waldemara N. poinformowała nas osoba związana z poznańskimi organami ścigania. Zgłosiła się do nas po artykule w „Głosie Wielkopolskim”, dotyczącym porwania Michała Zapytowskiego. Doszło do niego w 1999 roku. Ciała Zapytowskiego nie odnaleziono do dziś. W tamtej publikacji napisaliśmy, iż podczas śledztwa z Komendy Miejskiej Policji w Poznaniu wyciekło tajne nagranie przesłuchania świadka incognito. Dzięki temu jeden z oskarżonych o uprowadzenie został uniewinniony.

– Sprawy Zapytowskiego i Sobkowiaka są bardzo podobne. W obu przypadkach policja świadomie pomogła sprawcom. W pierwszym doszło do ujawnienia ważnych materiałów, w drugim do ich ukrycia – stwierdził nasz rozmówca. – W śledztwie dotyczącym Zapytowskiego, mimo że wiadomo, kto przesłuchiwał świadka incognito, nie znaleziono winnego przecieku. Natomiast w drugim przypadku kozłem ofiarnym stał się Waldemar N. On niczego nie ukrył. Odchodząc do innej jednostki przekazał przełożonym wszystkie zgromadzone przez siebie dowody. To ich należy zapytać, co się stało z bronią - dodaje.

Przełożeni zaprzeczają

Pytanie, które postawił nasz informator, chcieliśmy zadać Edwardowi Pietrzakowi i Arkadiuszowi Buszowi. Zanim Waldemar N. został zawieszony w czynnościach, obaj byli jego przełożonymi. Edward Pietrzak, obecnie naczelnik Sekcji Kryminalnej Komendy Miejskiej Policji w Poznaniu, nie chciał spotkać się z autorem artykułu.

– Z uwagi na rozpatrywanie sprawy przez sąd, uznał spotkanie za niestosowne – poinformował nas Zbigniew Paszkiewicz, oficer prasowy KMP w Poznaniu.

Nie udało nam się porozmawiać również z Arkadiuszem Buszem. Policjant, będący teraz szefem Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkie

j Policji w Poznaniu, przebywa na urlopie. Możliwe jednak, że i on nie zgodziłby się na spotkanie. Romuald Piecuch, p.o. rzecznika KWP w Poznaniu, stwierdził, że taka rozmowa, w trakcie trwania postępowania sądowego, nie jest najlepszym pomysłem. Z relacji Waldemara N. wynika, że obaj jego przełożeni zaprzeczyli w sądzie, by kiedykolwiek odbierali od niego broń i inne materiały dotyczące sprawy Sobkowiaka.

– Edward Pietrzak dostał ode mnie broń w 1999 roku, tuż po jej odnalezieniu – podkreśla Waldemar N.

– Wiedział jakiej sprawy dotyczy. Po kilku miesiącach, gdy wykonano ekspertyzę balistyczną, zwrócił mi ją. Doszło do tego krótko przed tym, gdy przekazywałem sprawę innemu funkcjonariuszowi. Wówczas akta śledztwa, wraz z bronią, przekazałem panu Buszowi jako naczelnikowi mojego wydziału. Kilku policjantów potwierdziło w sądzie te fakty.

Policjant dzwoni do krewnego

W najbliższy wtorek w Sądzie Rejonowym w Poznaniu ma się odbyć ostatnia rozprawa przeciwko Waldemarowi N. Prokuratura raczej zażąda skazania funkcjonariusza. Jak powiedział nam Krzysztof Śliwiński, prokurator Prokuratury Okręgowej, w jego opinii wszystkie zarzuty się utrzymają.

– Oskarżony obarcza odpowiedzialnością swoich przełożonych. Te twierdzenia traktuję jedynie jako linię obrony – zaznacza Krzysztof Śliwiński.

Jednak co najmniej jeden zarzut nie powinien się utrzymać. Chodzi o ukrywanie tarczy strzelniczej przez Waldemara N. Jak ustaliliśmy, dwaj świadkowie, którzy mieli to widzieć, na sali sądowej stwierdzili, że ktoś inny wynosił ją z posesji Andrzeja P.

– Waldemar N. był jedynie pionkiem w grze prowadzonej przez policję. Może działał na zlecenie przełożonych – mówi Jan Sobkowiak, ojciec Mariusza. – Wiem, że zaniósł broń na komisariat, wbrew temu co mówią panowie Busz i Pietrzak. Powiedział mi o tym jeden z policjantów. Stwierdził, że sprawę ukrycia broni załatwiono „na wyższych szczeblach”. W zamian za to sprawca mordu, którym w mojej opinii był jeden z naszych sąsiadów, musiał zapłacić duże pieniądze – dodaje. Waldemar N. spodziewa się wyroku uniewinniającego. Jednocześnie będzie się domagał wszczęcia nowego śledztwa. Ma ono ustalić, jak mówi, rzeczywistych sprawców zaginięcia materiałów. – Sprawę morderstwa odebrano mi w okresie, gdy krąg podejrzanych zaczął się zawężać. Ustaliłem między innymi, że krewnym Andrzeja P., który był brany pod uwagę jako potencjalny sprawca, jest jeden z poznańskich policjantów. Ten funkcjonariusz kontaktował się z Andrzejem P. krótko po znalezieniu zwłok. D

zwonił do niego z policyjnego numeru. Te koligacje miały duży wpływ na sposób zakończenia śledztwa w sprawie morderstwa – mówi Waldemar N. Zdaniem oskarżonego, dowody zaginęły dopiero po odebraniu mu sprawy. Zrobiono to, aby nie schwytać mordercy Sobkowiaka. •

Z poznańskiej Komendy Miejskiej Policji zniknęła broń należąca do osób podejrzewanych o zabójstwo Mariusza Sobkowiaka. Do dziś nie wyjaśniono sprawy morderstwa. O ukrycie tego ważnego dowodu oskarżono Waldemara N., policjanta z Wydziału Kryminalnego. Niewykluczone jednak, że to nie on schował broń...

Kryzys wieku średniego. Skąd się bierze i czy dotyka wszystkich?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie